Recepta na kryzys w branży?

2013-05-10

Kryzys, krach, recesja, załamanie, zapaść, depresja gospodarcza – to słowa-klucze powracające niczym bumerang w rozmowach z polskimi przedsiębiorcami. Nie inaczej jest w branży odzieżowej. Prezesi małych i średnich firm działających w obszarze modowym podkreślają, że ubożejące gospodarstwa domowe w pierwszej kolejności tną wydatki na ubiór. Dopóki więc będzie trwało zaciskanie pasa, dopóty jego fason będzie miał znaczenie drugo, a nawet trzeciorzędne. Brzmi rozsądnie, prawda? A jednak pesymistyczne prognozy przedsiębiorców nie znajdują potwierdzenia w wynikach finansowych branżowych gigantów.

Na polskim podwórku sztandarowym przykładem są spółki LPP SA (Reserved, Cropp, House, Mohito) i Redan SA. (Top Secret, Troll, Drywash), których prężny rozwój bez cienia przesady można nazwać ekspansją, a nawet… desantem na rynki europejskie.
Skąd ta niespójność? Dlaczego mniejsi producenci, oferując towar dobrej jakości i w dobrej cenie, nie tylko nie notują zysków, ale nawet niejednokrotnie zmuszeni są zamknąć działalność?
Popularnym wyjaśnieniem, plasującym się zaraz za mitycznym „kryzysem”, jest tzw. „zalew chińskiej tandety”. I, co za tym idzie, ceny tak niskie, że nie sposób z nimi konkurować.

Kolejny pogląd prezentuje ekspert z branży, Błażej Rzepczyński*:

- Czy produkty polskich producentów odzieży są gorsze od ubrań dostępnych w sieciówkach?

- Ależ skąd! Mógłbym godzinami opowiadać, dlaczego są lepsze – dobra jakość, oryginalne fasony, przystępna cena…

- Dlaczego więc rodzime firmy odzieżowe notują znaczny spadek sprzedaży?

- Część odpowiedzialności na pewno można zrzucić na pogorszenie się sytuacji materialnej wielu Polaków, a co za tym idzie – rezygnację z częstych zakupów. Odzież nie jest przecież artykułem pierwszej potrzeby. Kolejnym argumentem jest też dystrybucja taniego towaru z Chin.
Ale za najważniejszy czynnik uważam niedostępność polskich marek, nieumiejętność dotarcia do klienta, brak kanałów sprzedaży. Przewaga sieciówek jest w dużej mierze oparta na ich obecności w każdym mieście, na znajomości marki i tego, czego można się po niej spodziewać. Dzisiaj nie wystarczy dobry produkt. Dobry produkt przegra konkurencję z produktem gorszym, ale reklamowanym.

- Co według pana jest receptą na kryzys?

- Zaistnienie polskich marek w świadomości potencjalnych odbiorców – i to nie tylko krajowych, ale ogólnoeuropejskich. Profesjonalny marketing, by produktom na wysokim poziomie towarzyszyła prężna promocja. Naprawdę nie trzeba więcej.

- Ale w drugiej dekadzie XXI wieku już chyba nikogo nie trzeba przekonywać o sile marketingu! Niemal każda firma ma swoją stronę w Internecie, na portalu społecznościowym, sklep internetowy.

- I tu się pani myli. Odwiedzane przeze mnie strony internetowe producentów odzieży pełnią funkcję wirtualnych wizytówek. Ze świecą szukać takich, gdzie można obejrzeć dostępną kolekcję lub przejść do sklepu internetowego.

- Skąd ta niechęć do osiągnięć cywilizacyjnych?

- Myślę, że po części wynika to z przyzwyczajenia do mechanizmów rządzących rynkiem na początku lat 90-tych. Wtedy powstało i rozwijało się w niesamowitym tempie wiele firm, które teraz przeżywają stagnację lub nawet chwieją w posadach. Kiedyś wystarczyło produkować cokolwiek, i to „cokolwiek” znajdowało nabywcę. Rynek był chłonny i niewymagający, więc ta epokowa zmiana, która dokonała się również w związku z rozwojem internetu, jest nowością. A specjaliści od odzieży często nie radzą sobie ze stroną techniczną zaistnienia w sieci, tym samym zamykając sobie drogę do klientów.

- A czy w dobie recesji, właścicieli, jak już ustaliliśmy – nieraz kulejących firm – stać na profesjonalne „zaistnienie w sieci”, promowanie marki w internecie?

- Myślę, że każdego stać na miesięczny wydatek rzędu kilkunastu miesięcznie, by pchnąć swój biznes na nowe tory.

- Czy Pan trochę nie przesadza? Naprawdę można podbić internet takim niewielkim nakładem kosztów?

- Nie przesadzam. Za granicą prężnie rozwija się rynek platform zakupowych, takich jak www.fashiongo.net czy www.lashowroom.com. To nic innego, jak wirtualne miejsce spotkań producentów z hurtownikami. Przejrzysta prezentacja oferty i konsolidacja branży odzieżowej w jednym miejscu ułatwia cały proces zakupowy, pozwala dotrzeć do potencjalnych klientów na całym świecie. Również w Polsce zaczęła działać taka platforma - http://fashioncentrum.net/. Producent, wpłacając 19 złotych, otwiera przed sobą nowe możliwości – nie tylko prezentuje swój asortyment w 4 językach, ale dostaje wsparcie doświadczonego zespołu marketingowego. On zajmuje się tym, co najlepiej potrafi, czyli skupia się na produkcji, od pełnej innowacji „całej reszty”, ma ludzi. Tak to funkcjonuje na całym świecie i jest świetnym lekiem na kryzys w branży.

- Serdecznie dziękuję za wywiad.

- Dziękuję i zapraszam do poszukiwania niestandardowych, ale godnych zaufania i sprawdzonych metod na rozwijanie przedsiębiorstwa. W biznesie ten, kto stoi w miejscu, ten się w istocie cofa.

*dyrektor handlowy MaxConnect Sp. z o.o.

Źródło: Monika Markiewicz